call of duty black ops 4 bez kampanii
Call of Duty®: Black Ops III - The Giant Zombies Map. Jun 2, 2016. $5.99. Call of Duty®: Black Ops III - Gorod Krovi Zombies Map. May 1, 2018. $7.99. Call of Duty®: Black Ops II - Nuketown Zombies Map. Apr 12, 2013. $4.99.
Call of Duty Hacks & Cheats. Call of Duty 15 - Black Ops 4. Welcome to MPGH - MultiPlayer Game Hacking, the world's leader in Game Hacks, Game Cheats, Trainers, Combat Arms Hacks & Cheats, Crossfire Hacks & Cheats, WarRock Hacks & Cheats, SoldierFront Hacks & Cheats, Project Blackout Hacks & Cheats, Operation 7 Hacks & Cheats, Blackshot Hacks
Alternatively, Call of Duty: Black Ops 4 still features an abundance of content. While the game doesn't feature a full story campaign, don't overlook the narrative intertwined through other modes.
Modern Warfare II playlist icon. Gun Game, also known as All The Guns as an April Fool's day joke [1], is a game mode featured in various Call of Duty games. Introduced as a Wager Match game mode in Call of Duty: Black Ops as well as a private match custom game mode. The mode returned in Call of Duty: Modern Warfare 3 as part of FFA Gunplay and
Official Call of Duty®: Black Ops 4 – Blackout Battle Royale Trailer. Na druhou stranu přidali množství novinek, které jsou pro sérii CoD netypické. Prvním překvapením bylo ohlášení odstranění automatické regenerace zdraví. S tím jdou ruku v ruce předvídatelný odraz nábojů a nový balistický systém.
nonton drama china love in time 2022 sub indo. Dzięki PUBG i Fortnite tryb battle royale zyskał ogromną popularność, a producenci gier gotowi są pójść na wiele ustępstw, byle tylko znalazł się w ich tytułach. Efektem tego jest pierwsze Call of Duty pozbawione kampanii, za to z takim battle royale, jakiego inni mogą tylko pozazdrościć. Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 12/2018 Seria Call of Duty liczy sobie już 15 lat. Kolejne odsłony pojawiają się konsekwentnie co roku, natomiast na przemian tworzy je Infinity Ward, Sledgehammer i Treyarch. W tym roku przyszła kolej na tych ostatnich, po raz czwarty mamy więc okazję zagrać w Black Ops. Seria, która zadebiutowała w 2010 roku, miała zupełnie inny charakter niż poprzednie, osadzone na frontach różnych konfliktów zbrojnych odsłony. Wcielając się w jednego z kilku bohaterów, w tym Alexa Masona i Franka Woodsa, uczestniczyliśmy w mniejszych operacjach, które toczyły się w cieniu wydarzeń historycznych, ale miały na nie niebagatelny wpływ. Black Ops miało w sobie coś jeszcze: psychodeliczne epizody, momenty, w których psychika bohaterów zawodziła, a gracz nigdy nie był pewny tego, co widzi. Apogeum tego osiągnięto w trzeciej odsłonie, przez co cała fabuła była niesamowicie zagmatwana, a jej zrozumienie wymagało wertowania absolutnie wszystkiego, co napotkaliśmy w grze (wliczając w to tekst pojawiający się w tle ekranu ładowania). Tylko Kojimie coś takiego uszłoby płazem, dlatego też kampania Black Ops 3 nigdy nie była szczególnie lubiana. Nowa odsłona jest z nią powiązana fabularnie, ale dzieje się przed przedstawionymi w niej wydarzeniami – twórcy potrzebowali pretekstu, by wycofać się z daleko posuniętego futuryzmu i zaprezentować nową, bardziej taktyczną wizję. W nowej odsłonie Call of Duty postawiono na multiplayer, natomiast z kampanii właściwie zrezygnowano. Black Ops 4 ma fabułę, ale zaszyto ją w rozbudowanym samouczku. Poznajemy ją dzięki krótkim filmikom i nagraniom audio, nie ma mowy o żadnym czynnym udziale w akcji, nie weźmiemy udziału w choćby jednej, mocno oskryptowanej (a tym samym świetnie wyreżyserowanej) misji. To bolesna zmiana dla wszystkich fanów serii, którym zależało na tym elemencie, jeśli jednak weźmiemy pod uwagę to, jak kosztowne jest stworzenie kampanii i jak niewiele czasu gracze w niej spędzą, szczególnie w porównaniu z czasem spędzonym w rozgrywce online, pozbycie się jej z pewnością się opłaciło. Historia wydaje się od początku nieco niedopowiedziana, wnuczka Alexa Masona (protagonisty z pierwszej odsłony serii) ginie podczas tajnej operacji, a jej siostra zbiera grupę żołnierzy, by uformować oddział do walki z… w sumie to nie wiadomo, ale nie jest to specjalnie istotne. Każdy ze specjalistów ma niepowtarzalną umiejętność i broń, której obsługi uczymy się we wspomnianym już samouczku. Po ukończeniu wszystkich (śmiertelnie nudnych) zadań poznajemy zakończenie historii, nie będzie jednak spojlerem, jeśli wspomnę, że i tak nie sposób zrozumieć, o co twórcom chodziło. Samouczek nie jest wymagany do rozpoczęcia właściwej rozgrywki, nie daje też absolutnie niczego istotnego, co możemy wykorzystać w multiplayerze. Na właściwą rozgrywkę składają się trzy tryby: klasyczny, wieloosobowy, zombie oraz Blackout. Dwa pierwsze są znane z poprzednich odsłon, oba doczekały się jednak znacznych zmian. Trzeci to nic innego jak battle royale, tyle że wygląda dojrzale i bardzo wysokobudżetowo, a przy tym przed wydaniem twórcy postanowili go dokończyć (no hej, PUBG). Najlepsze zostawmy jednak na koniec. Klasyczny multiplayer oferuje wiele znanych i dobrych rozwiązań. Mamy kilkanaście trybów gry, w tym deathmatch w drużynach i solo, zabawy bronią, dominację, umocniony punkt, zabójstwo potwierdzone i skok. Ostatni z nich przypomina mocno Counter Strike’a: przed rundą kupujemy wyposażenie za zarobione w rozgrywce pieniądze, mamy tylko jedno życie, a celem jest kradzież walizki z pieniędzmi i ucieczka (bądź niedopuszczenie, by tak się stało). Taki tryb nie miałby sensu w poprzednich odsłonach, gdzie czas potrzebny do zabicia wroga liczono w milisekundach – tu znacznie go wydłużono, co nijak się ma do realizmu, ale daje trochę więcej miejsca na błąd, wymaga też, by lepiej planować swoje poczynania (przypadkowych zabójstw jest tu zdecydowanie mniej). Nie ma też już podwójnych skoków i biegania po ścianach, a punkty życia odzyskujemy tylko po użyciu apteczki. Widać, że Call of Duty nastawia się coraz bardziej na e-sport, wprowadzenie zmian spowalniających rozgrywkę oraz nowych trybów meczów czynią ją zdecydowanie przyjemniejszą w oglądaniu. W grze awansujemy na kolejne poziomy doświadczenia i prestiżu, odblokowujemy broń i dodatki do niej, wyposażenie i umiejętności, a także zdobywamy kamuflaże, naklejki i skórki postaci. Treyarch pozostał przy sprawdzonym systemie „pick 10”, pozwalającym przypisać do klasy do 10 elementów wyposażenia i umiejętności, z ograniczeniem kiczby posiadanej broni. Wciąż wymaga zbalansowania, bo niektóre bronie są zdecydowanie zbyt mocne, ale aktualizacje pojawiają się co kilka dni i z każdą z nich równowaga się poprawia. Niedługo po premierze Treyarch wprowadził też mikropłatności, które umożliwiają odblokowanie dodatków kosmetycznych, niemających żadnego wpływu na rozgrywkę. Zaimplementowano je tak, by nie dawały nikomu przewagi, stąd też ich obecność nie przeszkadza. Zupełnie inaczej wygląda tryb zombie. Tu walczymy z hordami nieumarłych na jednej z pięciu map (ostatnia jest dostępna tylko dla posiadaczy przepustki sezonowej). Każda ma własny zestaw zadań do wykonania, a bohaterowie uczestniczący w zmaganiach rozmawiają ze sobą, opowiadając w ten sposób konkretną historię. Zombie zawsze pozwalały na urzeczywistnienie niesamowitych wizji twórców Call of Duty, a najnowsza odsłona posunęła się w szaleństwie kilka dobrych kroków dalej. Bohaterowie, podobnie jak specjaliści w trybie multiplayer, mogą dzierżyć specjalną broń, tu jednak w grę wchodzą potężne młoty, magiczne laski, ostrza i inne, równie dziwne przedmioty. Wracają eliksiry, tymczasowo dające nam dodatkowe umiejętności, ponadto zbieramy też wypadające z trupów bonusy, otwieramy przejścia i skrzynie z bronią, a także kupujemy nowe giwery prosto z wieszaków na ścianie. To zdecydowanie najtrudniejszy tryb, bo z każdą falą przeciwnicy są w stanie przyjąć coraz więcej ołowiu i tylko odpowiednio zgrana drużyna zdąży przebrnąć przez wszystkie wyzwania, zanim zombie zaleją mapę. Pomimo tego, że kampania w Call of Duty nigdy nie była tym trybem, w którym gracze spędzali najwięcej czasu, jej brak nie przeszedłby niezauważony. Zamiast niej twórcy zajęli się trybem Blackout i, choć szkoda mi części fabularnej gry, uważam to za najlepszą decyzję, jaką mogli podjąć. Seria od lat ewoluuje, ale od czasu wprowadzenia nowej mechaniki poruszania w Advanced Warfare cztery lata temu nie doświadczyliśmy żadnego przełomu. Wprowadzenie battle royale niewątpliwie nim jest, zwłaszcza że już na premierę otrzymaliśmy dopracowany (choć nie idealny) produkt. Treyarch skopiował mnóstwo rozwiązań z PUBG, niektóre są wręcz łudząco podobne (jak choćby pasek zacieśniającej się strefy). Nie pochwalam tego, ale jestem pewny, że wraz z pojawianiem się na rynku kolejnych gier z battle royale te rozwiązania będą kopiowane coraz częściej. Samo założenie rozgrywki jest banalne: lądujemy na mapie bez żadnego wyposażenia, podobnie jak 99 innych graczy. Musimy przeżyć, zbierając ekwipunek, zabijając przeciwników bądź się przed nimi kryjąc. Obszar gry stale się przy tym zmniejsza, więc po kilkudziesięciu minutach i tak dojdzie do konfrontacji graczy, którzy pozostali przy życiu wystarczająco długo. Brzmi prosto, ale dostarcza masę frajdy, zwłaszcza gdy gramy ze znajomymi w jednej drużynie (maksymalnie czteroosobowej). O ile w zwykłym multiplayerze gra z losowymi osobami jest przyjemna, tak w Blackout granie z „randomami” kończy się częściej frustracją niż zadowoleniem z rozgrywki, bo wolą dbać o siebie niż się wzajemnie osłaniać, nie dzielą się wyposażeniem, a komunikowanie się z innymi to często fikcja. Gdy jednak znajdziemy drużynę bądź chociaż jednego znajomego, Blackout zaczyna wciągać jak żaden inny tryb. Mapa jest naprawdę duża, co więcej, znajdują się na niej obiekty znane z poprzednich odsłon serii. Dzięki temu świat zapełnił się dobrze zaprojektowanymi obiektami, zaadaptowanymi na potrzeby battle royale. Do jej pokonywania, prócz własnych nóg, mamy też quady, ciężarówki, pontony i helikoptery, a do każdego pojazdu mogą wsiąść przynajmniej dwie osoby. Ilość dostępnego wyposażenia jest olbrzymia, ale dobrano je sensownie. Większość broni jest wziętych prosto z trybu multiplayer, ale mają odmienne parametry. O ile w multiplayerze detekcja trafień polega na „hitscanie”, czyli odczytaniu trafienia dokładnie w tym miejscu, w które wskazywał celownik, to już w Blackout pociski mają balistykę i opadają wraz z pokonaną odległością. Ma to sens, bo wiele starć toczy się na znacznym dystansie, przekraczającym nawet kilkaset metrów. Wprowadzono też równie istotny element, jakim jest ekwipunek. Możemy nieść ze sobą ograniczoną liczbę perków, apteczek, dodatków do broni i elementów wyposażenia, od umiejętnego zarządzania nimi zależy to, jak długo uda nam się przeżyć. Nie jest to jednak reguła, bo ekwipunek rozrzucony jest na mapie losowo, wiele zależy też od tego, w którym miejscu wylądujemy my i inni gracze. Bardzo podoba mi się to, jak dopracowano mechanizm podnoszenia przedmiotów i zakładania dodatków do broni – nie trzeba nawet zaglądać do ekwipunku, bo wszystko dostępne jest z menu na dole ekranu, obsługiwanego d-padem. Świetnym dodatkiem do Blackouta są zadania pozwalające na odblokowanie postaci znanych z trybu zombie oraz poprzednich odsłon gry. Podobnie jak zawartość z mikrotransakcji, tak i bohaterowie niczego nie zmieniają w Blackoucie, ale odkrywanie ich to nie lada wyzwanie. A, są jeszcze zombie, ale tylko w niektórych miejscach, do których wcale nie trzeba zaglądać (ale warto, bo jest tam zazwyczaj lepszy sprzęt). Jeśli ktoś ma ich dość, to i tu może obchodzić je szerokim łukiem. Treyarch postawił na jakość rozgrywki, ta nie idzie jednak w parze z oprawą audiowizualną. Black Ops 4 jest kolorowy, działa płynnie, ale szczegółowość modeli postaci i otoczenia, a także efekty świetlne i cząsteczkowe, nie robią zbyt wielkiego wrażenia. Co więcej, wydaje się mi, że nawet poprzednia odsłona, czyli WWII, wygląda lepiej. Na PC grafika jest zdecydowanie lepsza, wciąż jednak nie prezentuje się wybitnie. Gra miewa też problemy ze stabilnością, w czasie 30 godzin rozgrywki zdążyła mi się wyłączyć dwukrotnie. Najbardziej irytuje jednak nie to, a dźwięk. Muzyka i odgłosy brzmią świetnie, nie ma tu może wybitnych motywów, jak choćby ten z fabuły Black Ops 2, stworzony przez Trenta Reznora, niemniej jednak wszystko do siebie pasuje. Nie działa tylko jedna, za to niezmiernie istotna rzecz: odgłosy kroków. Są odtwarzane w taki sposób, że nie sposób odgadnąć, z której strony dobiegają, zwłaszcza gdy przeciwnik znajduje się nad bądź pod nami. Lokalizowanie wrogów po odgłosach to jeden z najistotniejszych elementów rozgrywki online, w Blackoucie błędna ocena kierunku może zaprzepaścić nawet kilkadziesiąt minut gry. Niestety, pomimo upływu ponad miesiąca od premiery, wciąż nie udało się tego poprawić. Black Ops 4 wygląda jak kolejne Call of Duty, od poprzedników różni się jednak na tyle mocno, że można potraktować je jako nowe otwarcie. Zmieniona, wolniejsza rozgrywka, z koniecznością leczenia się i trafienia przeciwnika więcej razy, wymaga od graczy bardziej przemyślanego zachowania i nie promuje tak bardzo tych, którzy mają lepszy refleks. Zombie po raz kolejny dostarczają bardzo intensywnych przeżyć i to na pięciu mapach. No i Blackout – ogromny, wysokobudżetowy battle royale, nie idealny, ale zbudowany tak, by każda rozgrywka była inna, ale równie emocjonująca. Czy w tym wszystkim jest jeszcze miejsce dla fabuły? Dla mnie odpowiedź jest oczywista. Ocena iMagazine:
Grając w Blackout’a niejednokrotnie napiszecie dużo lepsze scenariusze, niż Call of Duty samo miałoby wam przedstawić w oskryptowanej kampanii single player. Treyarch stworzyło coś fantastycznego, coś co nie tylko pozwoli zapomnieć wam o kampanii pojedynczego gracza, ale także ograniczy wasz udział w trybie wieloosobowym Black Ops 4. Dawno nie dałem się tak zaskoczyć, oczywiście śledziłem z zainteresowanie kolejne newsy o Blackout, ale niestawianiem się zbyt optymistycznie. Tym bardziej, że moje przygody z Battle Royal nie należały do udanych. Z PUBG się nie polubiłem, bo ta gra po prostu kilka miesięcy tumu nie działa stabilnie na Xboxie. Chociaż z wrażeń Angeliki po ograniu wersji jest już podobno z płynnością dużo lepiej. Z H1Z1 – ekskluzywnym Batlle Royal na PS4 też specjalnie się nie polubiłem, o ile ta gra akurat działa płynnie, to twórcy H1Z1 chcieli, aby ich gra była szybka i dynamiczna, w związku z tym konsolowa wersja pozbawiona została craftingu, czyli możliwości tworzenia i modyfikacji broni. Strzelać tylko z tego co znajdę, bez celowników? nie dzięki. Tym czasem wchodzi Treyarch ze swoją betą Blackouta cały na biało i zwiastuje nam radość wielką. Pokazuje, jak powinnien wyglądać szybki i dynamiczny Battle Royal. Najważniejszą informacją jest fakt, że Blackout działa na PS4 Pro bardzo stabilnie. Nie ma tutaj niestety 60 klatek, które są standardem dla trybu wieloosobowego Call of Duty, ale za to mamy zawsze więcej niż 30 FPSów. Blackout nie zacina w żadnym momencie rozgrywki. W jednej rozgrywce na mapie może się obecnie znajdować do 88 graczy, to znakomity wynik patrząc na to, że w Call of Duty zawsze mogło grać 12 do 18 graczy. Gdy na serwerze znajdzie się już wymagana liczba graczy, to wskakujemy do helikopterów i lecimy nad wyspą składającą się z wielu lokacji, którzy fani Call of Duty na pewno szybko i łatwo rozpoznają. Widok kilkunastu lecących helikopterów nad mapą jest naprawdę niesamowity! Byłem naprawdę mega zaskoczony, że wszyscy gracze nie skaczą z jednego samolotu, tylko zostali umieszczeni w kilku helikopterach. Szybowanie jest po prostu kapitalne. Wyskakujemy z helikoptera w kombinezonach latającej wiewiórki (Wingsuit), pikujemy w dól do prędkości 70km/h, a następnie zaczynamy szybować. Stosując taką taktykę jesteśmy wstanie dolecieć w każde miejsce na mapie. Spadochron otwiera się automatycznie kilka metrów nad ziemią, dotykamy stopami ziemi lub lądujemy w wodzie, bo jest i taka możliwość. A propos wody, to warto wspomnieć, że można pływać i nawet strzelać pod wodą! Jednak jak zacznie brakować wam powietrza, to punkty zdrowia zaczną momentalnie znikać. Po wylądowaniu priorytetowo rozglądamy się za czymś do strzelania oraz armorami. Pancerze zostały podzielone na trzy poziomy, przy czym tylko armor trzeciego stopnia jest wstanie osłonić wam głowę. W pierwszych dniach było dużo problemów z balansem pancerza na 3 poziomie, gracz, który go nosił był niczym Iron Man, jednak z czasem deweloper poprawiał balans i w ostatnich dniach najbardziej dopakowanych graczy było już dużo łatwej zabić. Wyleczyć możemy się zwykłymi bandażami lub apteczkami. Co ważne nawet bandaże są nam wstanie odnowić pełne życie, czyli 150 hp. Znajdując potężne apteczki możemy sobie zdrowie podnieść do 200 hp. Możemy mieć przy sobie maksymalnie dwie bronie dowolnego typu, co ciekawe amunicja nie ma wpływu na nasz plecak, więc możemy jej zbierać do maksymalnej ilości. W dostępnym arsenale znalazło się kilka popularny karabinów z Black Opsa: zwiadowczy KN-44 i IRC-7, pistolet maszynowy Spitfire, GKS i MP-40, LKMy Titan oraz Zweihander (nie podlega modyfikacjom), snajperki Koshka i Paladin – do tego kilka strzelb i pistoletów. Titan i Paladin to dwie najpotoczniejsze bronie dla mnie w Blackout. Paladin jest naprawdę „one shot, one kill”, a Tytan ze swoimi 75 pociskami w magazynku jest w stanie powalić nawet gracza z armorem trzeciego poziomu. Gracze mający więcej szczęścia mogą na mapie znaleźć bronie podświetlane przez złotą łunę, oznacza to, że podniesiona broń będzie wyposażona od razu we wszystkie dodatki. Aaa… jest jeszcze Ray Gun z trybu zombie, laserowy pistolet, który zabija na dwa strzały, taki mały żart od dewelopera. Do broni możemy zamontować wiele gadżetów, które znajdziemy na swoje drodze, celowniki reflex lub scop, szybszy magazynek, grip, czy mocniejszą lufę, a nawet tłumik. Podniesione akcesorium automatycznie zostanie zamontowane na naszej broni. Oczywiście karabiny możemy też sami modyfikować naciskają przycisk options, który wywoła menu przejrzystego ekwipunku. W ekwipunku także możemy trzymać kilka przydatnych gadżetów, jak granaty, koktajle Mołotowa, samochodzik zdalnie sterowny do zwiadu, a nawet akcesoria specjalistów z trybu wieloosobowego, jak linka z hakiem, barykada, czy drut kolczasty. Troszeczkę niepotrzebnie deweloper zdecydował się na mapie umieścić małe zielone walizeczki z perkami. znajdziemy w nich dłuższe wstrzymanie oddechu, wyciszenie kroków, czy podświetlanie ważnych gadżetów do podniesienia. Na szczęście efekt perków trwa krótki okres czasu, więc odpalmy je tylko w kluczowych momentach. Kilka słów o samej mapie, ponieważ jest ona kapitalna i w odróżnieniu od innych gier battle royal nie ma szans, abyście trafili na dwie takie same stodoły, czy budynki rozmioeszczone w innych barwach. Jak już wspomniałem wyspa zbudowana została w oparciu o kluczowe miejscówki z map wieloosobowych z wcześniejszych części Call of Duty. Fani CoDa na pewno pamiętają słynne NukeTown,świat Blackouta jest 1500 razy większy od tej popularnej mapy. NukeTown dostało swoją mała osobną wysepkę. Na północy znajdziemy „Estates”, czyli popularne osiedle z Modern Warfare 2 i częściowo to częściowo Raid z Black Ops 2, „Construction Site” to świetne połączenie mapy Hardhat z Modern Warfare 2 z Collision z CoD: Ghosts, kapitalne miejsce z wieloma poziomami na budowie wieżowca. „Firing Range”, to nic innego, jak strzelnica z torem przeszkód na którym można znaleźć wiele dobrego dropu… oraz przeciwników. „Rivertown”, to jedyne miasteczko na mapie, z wieloma budynkami oraz sklepami, całość otacza do okola woda. „Asylum”, to bardzo ciekawy budynek z Call of Duty: World at War, w pobliżu jest cmentarz na którym nie tylko jest dobry droop, ale można spotkać także… zombie – Treyarh jesteście niemożliwi! Warto wspomnieć, że po mapie możemy poruszać się pojazdami, a tych nie brakuje. Największą atrakcją jest helikopter, niestety sterujący nim gracz nie ma do dyspozycji żadnych działek, ale za to kompani, którzy są na pokładzie mogą otworzyć ogień ze swoich karabinów. Po lądzie możemy poruszać się quadem i ciężarówką, więcej radości sprawiła mi jazda tym pierwszym, gdyż jest bardzo dobrze wyważony, a wypadek, czy wylądowanie na głowie nie kończy się śmiercią gracza. Po wodzie pozostaje nam się poruszać pontonem lub jak wspomniałem sami możemy rzekę przepłynąć nawet będąc pod powierzchnią. W Blackouta gra się zupełnie tak samo, jak w każde inne Call of Duty. Nikt tu nie chowa się po 5 minut w krzakach. Gracze nauczeni są dynamicznej rozgrywki i to widać, nawet jak zobaczą snajpera, to nie walczą z nim jeden na jeden, tylko starają się do niego biec po flance, aby go zabić z SMG. Grając zespołowo możemy podnosić powalonych członków drużyny, przy czym reanimacja jest błyskawiczna, co trochę zaburza ideę battle royal. Sama strefa także zamyka się zbyt wolno oraz stanowczo za wolno zabiera punkty życia osobom, które w niej przebywają. Blackout, to naprawdę kapitalna rozgrywka i coś nowego w popularnej ostatnio dziedzinie battle royal. Mając Blackouta nie będą wcale tęsknic za kampanią dla pojedynczego gracza, gdyż grając w teamie czteroosobowym gra sama napisze mi za każdym razem niespodziewane i fantastyczne scenariusze. Jak przykładowo ten poniżej. Robię zwiad helikopterem, a koledzy z zespołu eliminują kolejne cele: Konrad robi zwiad z powietrza, a Tomasz, Tomek i Andrzej eliminuja cele. #Blackout jest świetny! #PS4share — Konrad Bosiacki ?⚽️ (@Konrado87) 10 września 2018 A tutaj jeszcze warto pokazać, jak kolega Kamil niszczy cały czteroosobowy team podczas gdy ja zbieram amunicje po krzakach: To nie jest Dziuk, to jest Dzik! ? Kiedyś, jak dorosnę, to chce być taki, jak Kamil ;D#Blackout — Konrad Bosiacki ?⚽️ (@Konrado87) 13 września 2018 #1 VICTORY Treyarch! Dziękujemy wydawnictwu Activision za udostępnienie dostępu do bety Blackouta na PS4. Koniecznie zapoznajcie się także z naszymi wrażenia z beta testów trybu wieloosobowego Black Ops 4: Pierwsze wrażenia: Call of Duty: Black Ops 4 (PS4 – zamknięta beta)
Normalnie sieciową plotkę puściłbym między uszami, ale sensacyjne informacje pochodzą bezpośrednio od redakcji serwisu Polygon. To popularny, uznany portal o światowej renomie. Jeżeli ten donosi o braku klasycznej kampanii w oparciu o własne anonimowe źródła, warto uznać, że te są przynajmniej prawdopodobne. Wg Polygona Call of Duty: Black Ops 4 będzie pierwszą odsłoną serii pozbawioną przygody dla jednego gracza. Ma na tym zyskać sieciowy multiplayer oraz kooperacyjny tryb Zombies. Pomimo trzyletniego cyklu produkcyjnego, studio Treyarch nie było w stanie przygotować na czas satysfakcjonującej, filmowej kampanii. Gdy finalna data premiery Black Ops 4 została potwierdzona, stało się jasne, że producenci nie zdążą z modułem dla jednego gracza. Dlatego zamiast oferować rozczarowującą, niedopracowaną kampanię, nie będzie jej wcale. Przynajmniej na premierę gry. Nie jest wykluczone, że ta trafi do Call of Duty: Black Ops 4, w przyszłości, w formie nie zdążył zrealizować kampanii dla jednego gracza, ponieważ większość zasobów studia pracowała nad trybem multiplayer oraz kooperacyjną rozgrywką Zombies. Oba moduły mają być większe i bardziej rozbudowane, niż kiedykolwiek wcześniej. Przez ambitne plany studia ekipa odpowiedzialna za kampanię została niedoszacowana, co skutkowało opóźnieniem prac i wolniejszym posuwaniem ich do przodu. Brak kampanii w Call of Duty: Black Ops 4 będzie wielkim, historycznym błędem. Na wycięcie trybu dla jednego gracza może sobie pozwolić DICE z ich Battlefieldem. Nie licząc serii Bad Company, kampania zawsze była tam tylko dodatkiem do trybów wieloosobowych. Średnio udanym zresztą. O ile mnie pamięć nie myli, to pierwsze odsłony serii - 1942 oraz Battlefield 2 - takiej kampanii w ogóle nie miały. Nikt nie miał nic przeciwko. Stąd jej brak na przykład w Battlefield V byłby zrozumiały i innego Call of Duty. Przecież ta seria wyrosła właśnie na filmowym scenariuszu dla jednego gracza. Na niesamowitym lądowaniu w Normandii, które pamietam do teraz. Pierwsza misja. Pole uprawne. Miny. Płot. Stacja kolejowa. Tak doskonałych kampanii się nie zapomina. To właśnie one sprawiły, że Call of Duty zdobyło wiele lat temu koronę króla FPS-ów. Stalingrad. Czarnobyl. Rosyjski terminal. Te misje dla jednego gracza nie bez powodu przeszły do historii interaktywnej w Czarnobylu to jedno z najlepszych doświadczeń, jakie mogą zaoferować pierwszoosobowe strzelaninyFilmowe kampanie to coś, co sprawiło, że Call of Duty stało się Call of Duty. Nawet tryby dla jednego gracza z nowszych odsłon, które nie były już tak dobre, wciąż nadawały odpowiedni ton całej produkcji. Tłumaczyły motyw oraz otoczkę. No i ta świetna kampania w Call of Duty: WWII! Tylko dla niej warto dać szansę najnowszej odsłonie CoD-a. Rewelacyjna przygoda na kilka wieczorów, wspaniale czerpiąca z drugowojennej Polygon ma kiepskie źródła, ale wkrótce na twórców Call of Duty: Black Ops 4 spadnie masa hejtu.
call of duty black ops 4 bez kampanii